W Pewnym Sensie

OPOWIEŚĆ O FACECIE IDĄCYM PRZEZ LAS

            Trasa, mimo że miała swoje piękne momenty, zaczęła się w końcu ciągnąć i dłużyć. Początkowy entuzjazm nieubłaganie transformował się z każdym kolejnym kilometrem w zwyczajny znój, w dodatku coraz bardziej podszyty lękiem wynikającym z wciąż ubywającej wody. Z drugiej strony było w tej sytuacji również coś ekscytującego i elektryzującego. Całymi godzinami nie spotykałem na swojej drodze ani jednego człowieka, co wzmagało poczucie niesamowitości i konieczności zdania się tylko na siebie. Było to niepokojące, ale to napięcie służyło mi za dodatkowy napęd utrzymujący mnie w sprawnym tempie. Tak bardzo, że w pewnym momencie już wręcz pędziłem przez coraz węższe ścieżki wijące się między coraz gęstszym poszyciem leśnym, a strugi potu ciekły mi po czole, za którym głowę wypełniał tylko stabilny szum.

Było tak pusto i dziko, że kiedy dotarłem wreszcie do rozgałęzienia, gdzie drogowskaz wskazujący jedną z odnóg ścieżki oznajmiał o studenckiej bazie znajdującej się nieopodal, gdzieś z tyłu głowy wzrosła wątpliwość. Rozgrzane powietrze stało nieruchomo i tylko subtelne bzyczenie owadów wibrowało nieznacznie wśród wielkiej ciszy. A jednak! Zaraz po tym jak minąłem sporą wiatę, dobiegły mnie odgłosy jakiejś ludzkiej rozmowy. Przyspieszyłem z poczuciem sporej ulgi, zakręciłem na niewielką łączkę, gdzie dopatrzyłem się kolejnej drewnianej chaty, a już pod nią mogłem przywitać się z trójką podróżników. No właśnie – niedbale rzucone plecaki, gołe, spuchnięte stopy chwilowo odpoczywające poza ciężkimi buciorami, umęczone, spocone twarze wyraźnie odpowiadały mi na moje pytanie zanim jeszcze zdążyłem je zadać. Panowie dopiero co tutaj przybyli i to w tym samym celu, co ja – szukali wody. No i jej nie znaleźli, bo baza była zdecydowanie nieaktywna. Ot, pusta drewniana chata stojąca na polu pośrodku lasu.

            Z krótkiej rozmowy wynikało tyle, że napotkani wędrowcy zamierzają przeczesać okolice w poszukiwaniu jakiegoś strumienia i spędzić tu noc. Brzmiało to jak potencjalna przygoda, no i miejsce było jak najbardziej piękne, ale w duchu szybko podjąłem decyzję, aby ruszać dalej. Chyba nie jestem zbyt elastyczny, jeżeli chodzi o samodzielną realizację ustalonego planu, ale też na pewno onieśmiela mnie perspektywa doklejenia się do obcej grupki, mimo że w głębi duszy chyba wolałbym, żeby tak nie było. No nic, na tamten moment nawet nie dostrzegłem tego dylematu, tylko z grymasem zawodu na twarzy (ze względu na brak wody) pożegnałem się i ruszyłem z powrotem na szlak.

Przycupnąłem jeszcze na chwilę przy wcześniejszej wiacie, aby zebrać myśli i podsumować swoje położenie. Wody już prawie nie miałem, zostały mi trzy godziny do zmroku i 14 km do przejścia. Było to w zasięgu moich możliwości, no i z odwodnienia też nie umrę, ale nie było sensu się oszukiwać, że nie będzie to męczarnią. No ale standardowo udało się podnieść sobie morale poprzez sformułowanie tego jako osobistego wyzwania, za którego wykonanie będę w pełni zasługiwał na przyznanie samemu sobie mentalnej gwiazdki. Co jak co, ale taka mentalna gwiazdka jest warta wszelkiego wyczerpania, więc ściągnąłem dumnie usta i zebrałem się do ruszenia. W międzyczasie jeszcze musiałem się ustosunkować do poczucia głodu, który konsekwentnie wzrastał od dłuższego czasu, bo poza śniadaniem nie jadłem jeszcze niczego. W pełni zasługiwałem na kanapkę, ale poczułem, że nie chcę już dłużej sterczeć przy studenckiej bazie, która wciąż kusiła alternatywną opcją odpuszczenia sobie dalszego marszu i lżej mi będzie zatrzymać się trochę dalej, już w zatwierdzonym czynem procesie zdobywania mentalnej gwiazdki.

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36


Opublikowano

w

przez