Z rozległych hal szybko zszedłem między gęste lasy, które malowniczo ciągnęły się w dół zbocza, gdzie też stale kierowała mnie kamienna, wijąca się ścieżka. Długo tak schodziłem w dół, co zawsze trochę mnie zniechęca, bo z tyłu głowy rośnie świadomość, że całą tą straconą wysokość będzie trzeba w końcu z powrotem nadrobić. Zszedłem tak aż do poziomu ulicy wiodącej do bardzo pokaźnego przejścia granicznego, za którym była już Słowacja. Poza tym stały tam jakieś małe budki, gdzie zakręciłem się licząc na uzupełnienie wody i może jakiś oscypek, ale niestety wszystko było zupełnie opustoszałe.

To znaczy prawdopodobnie gdzieś tam we wnętrzach uśpionych budynków, zwłaszcza tych na samej granicy, urzędowała jakaś znudzona osoba, ale nie chciało mi się jej szukać z prośbą o nalanie mi wody z łazienki. Chyba nie czułem się jeszcze na tyle zdesperowany, ale też prawdopodobnie należało to zrobić i po prostu nie mogłem przemóc jakiejś naiwnej nieśmiałości. Tak więc z pustymi rękoma ruszyłem dalej przed siebie, gdzie zgodnie z oczekiwaniami trasa ruszyła ostro pod górę. Okolica zrobiła się nagle dosyć dzika i opustoszała. Ścieżka zawęziła się, a po bokach wyraźnie zgęstniało poszycie leśne. Miłe było to, że sporą jego część ponownie zaczęły stanowić krzaki jeżyn, które regularnie kusiły mnie do krótkich przestojów skubiąc dostępny mi zapas czasu, tak jak ja skubałem ich słodkie, nabrzmiałe owoce.

Przez bardzo długi czas nie napotkałem również żadnej osoby, co dodatkowo uatrakcyjniło mi trasę. Takie poczucie zupełnej samotności na szlaku wzbudziło we mnie jakiś romantyczny nastrój obcowania z dziką naturą na kresach świata. Cóż, to oczywista przesada, ale jednak był to realnie przynajmniej kres Polski i świadomość, że wszystkie pejzaże po prawej stronie od ścieżki to już jakaś „inna” kraina pomagała mi się wczuć. Raz nawet natknąłem się na zardzewiałe szczątki niezidentyfikowanej machiny, która być może przyleciała tu kiedyś z odległej galaktyki. Od tego momentu zaktywizowałem też w końcu aparat dostępny w telefonie jednocześnie trochę smutniejąc, że stało się to tak późno i nie mam żadnych zdjęć z pierwszych dwóch dni wędrówki. No ale nie jest to dla mnie aż takie dziwne, jako że nigdy nie wczuwałem się w robienie zdjęć na wyjazdach i nie chciało mi się nosić i obsługiwać zwykłego aparatu fotograficznego. Dopiero od niedawna wszedłem w posiadanie smartfona z obiektywem na tyle dobrym, że zaczęło mieć sens robienie nim jakichkolwiek zdjęć i faktycznie zacząłem je robić, skoro i tak ten telefon zawsze przy sobie mam.

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
