Wewnętrznie zmotywowany, rześki, z poczuciem misji wystrzeliłem sprężystym krokiem na szlak. Przemierzałem żwawo rozległe polany osnute chłodną, cichą mgłą, dzięki czemu nie musiałem martwić się o przegrzanie organizmu. W dłoni chlupotała mi pełna wody butla, z której co i rusz zaczerpywałem porządnego łyka. Czułem się jak sprawnie nastawiona i naoliwiona maszyna krocząca i nawet mój przeładowany plecak jakoś przestał mi ciążyć. Bardzo szybko pokonałem pierwsze 8 km trasy dzielące mnie do kolejnego schroniska na hali Miziowej. Tam poza chwilą zastanowienia nad możliwym powodem wybudowania dwóch tak dużych schronisk tak blisko siebie (nic konkretnego nie wymyśliłem, ale teraz sądzę, że pewnie w sezonie narciarskim te okolice mogą być bardzo popularne), stanąłem przed bardzo prostym dylematem, który rozwiązałem w bardzo głupi sposób.
Mianowicie na tym pierwszym odcinku zdążyłem już praktycznie w całości osuszyć pierwszą z trzech butelek wody, które nosiłem ze sobą, no i znajdowałem się w idealnej sytuacji, aby uzupełnić ten brak. Ale jakimś cudem, po chwili zastanowienia, stwierdziłem, że NIE CHCE mi się wchodzić do środka kolejnego schroniska, kiedy tak dobrze mi się idzie. Pomyślałem sobie, że mam jeszcze mnóstwo wody, że po co się dociążać kolejnym kilogramem, skoro zanim wypiję pozostałe dwa litry, to na pewno trafi się jakaś okazja do uzupełnienia zapasów życiodajnego płynu. Na swoje usprawiedliwienie dodam to, że studencka baza na przełęczy Głuchaczki znajdowała się 16 km dalej, więc skoro wypiłem jedną butelkę na pierwsze 8 km, to rachunki mniej więcej się zgadzały. Rzeczywistość jeszcze raz spróbowała mi przekazać, że popełniam błąd, kiedy powędrowałem kilometr w złą stronę, musiałem zawrócić i ponownie minąć schronisko, ale jakoś to przesłanie do mnie nie dotarło.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
OPOWIEŚĆ O FACECIE IDĄCYM PRZEZ LAS
przez
Tagi:
