W Pewnym Sensie

OPOWIEŚĆ O FACECIE IDĄCYM PRZEZ LAS

            Mało pamiętam z tego odcinka poza tym, że w pewnym momencie znów odezwał się przejmujący ból głowy. Najwyraźniej zmęczenie osiągnęło taki poziom, że nawet pełne nawodnienie, o które ciągle dbałem przestało wystarczać. Trochę mnie to zniechęciło, ale przynajmniej dotyczyło to tylko ostatniego odcinka tego dnia, więc starałem się na to patrzeć, jak na finalnego bossa, który został mi jeszcze do pokonania.

W walce pomagał fakt, że otoczenie znacznie przybrało na atrakcyjności. Kojarzę moment wyraźnego pobudzenia poczucia estetyki, kiedy minąłem znak informujący o wejściu na teren chronionej przyrody. Stał on w załomie zbocza, którędy, pośród omszałych głazów i wysokich drzew, spływał mały wodospad, naprzeciw którego z kolei rozciągała się imponująca panorama. Od tego momentu szlak zaczął się w końcu piąć przez szerokie, rozlane po wzgórzach hale pasterskie, z których rozpościerały się przepiękne widoki okolicznych terenów, teraz już skąpanych w wieczornej, sentymentalnej szarości podbitej kolorem niebieskim.

Nawet zastanawiałem się, czy nie rozbić się jednak na dziko, na jednej z tych polan – w końcu doskonale spełniały moje wyobrażenia dotyczące idealnego miejsca noclegowego. Z drugiej strony miałem świadomość, że jeszcze tylko pół godziny męki dzieli mnie od ciepłego posiłku, piwa i prysznica. Człapałem więc dalej, ale mając w głowie dodającą otuchy myśl, że cokolwiek by się nie stało, to scenariusz dnia poprzedniego już się nie powtórzy, bo nawet gdyby dopadł mnie totalny zmrok, to mam gdzie się rozbić. Z resztą w końcu poczułem, że jakkolwiek by mi się nie dłużyło, to jednak dojście do schroniska jest już tylko formalnością.

            I tak oto minąłem w końcu ten ostatni zakręt, zza którego wyłoniła się hala Rysianka wraz z masywną bryłą schroniska. Do środka wszedłem jak zwycięzca czując, że dokonałem czegoś wielkiego, mimo że było to takie tylko i wyłącznie w mojej prywatnej skali. Przywitałem się zdawkowo z resztą podróżników grzejących się w przytulnym wnętrzu, ciężko zrzuciłem swój plecak na wolną ławkę i od razu ruszyłem do okienka, gdzie składało się zamówienie. Przez chwilę przeszył mnie dreszcz zgrozy, kiedy zauważyłem, że zostało jedynie pół godziny do zamknięcia kuchni i wyobraziłem sobie, jaki byłbym smutny, gdybym nie zdążył. Jak niedobrze byłoby wtedy gryźć zimne, twardniejące już kanapki z serem. Pomyślałem, że smakowałyby pewnie jak trociny. Nie mniej to tylko wizja przerażającej rzeczywistości równoległej, która się nie wydarzyła, a tu, gdzie faktycznie się znajdowałem, miła Pani właśnie zapisywała sobie zamówienie na żurek i gulasz po myśliwsku oraz sięgała po butelkę Złotego Bażanta. Zadowolony wykorzystałem czas oczekiwania na posiłek na telefon do mamy i Dziubka, którym zdałem raport z tego, jaki jestem dzielny i nim się obejrzałem czekał na mnie talerz pełen parującej zupy.

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36


Opublikowano

w

przez