Pierwszym i w zasadzie głównym celem tego dnia była Barania Góra o wysokości 1220 metrów. Szło się nadspodziewanie dobrze, bo po śniadaniu pod schroniskiem poczułem się głęboko zregenerowany, jakbym to właśnie tam obudził się ze snu. Pogoda nie była zbyt piękna, ale nadawała się idealnie do pięcia się pod górę. Srebrzyste chmury zakrywały całe niebo chroniąc mnie przed słonecznym żarem, a wszelki nadmiar wyprodukowanego przeze mnie ciepła zabierał porywisty wiatr utrzymując mnie w stałym komforcie cieplnym. Co prawda w połączeniu z łysymi, rzadko porośniętymi krzakami zboczami Baraniej Góry dawało to dosyć posępną atmosferę, ale lubię tak. Było również bardzo mało ludzi, co pasowało do surowego otoczenia. Dobrze się wtedy myśli.

Tego dnia zdecydowałem się bardziej świadomie i z troską podejść do kondycji własnej głowy. Przede wszystkim należało zasłaniać się przed słońcem, ale to i tak było schowane za chmurami, więc pozostało mi zadbać o stały i wysoki poziom nawodnienia organizmu. Od tego momentu już zawsze podążałem z butelką wody w dłoni i brałem małe łyki wody za każdym razem, kiedy poczułem chociaż taką myśl, że mógłbym się napić. Dzięki temu miałem wrażenie bycia stale napędzanym przez życiodajny płyn, co przekładało się też na spore tempo marszu.
Szła za tym jeszcze jedna ciekawa refleksja dotycząca drugiego końca łańcucha gaszenia pragnienia. Jako że ciągle piłem, to z niewiele mniejszą częstotliwością odzywało się parcie na pęcherz, a będąc zupełnie sam na dzikim szlaku nic nigdy nie stało na przeszkodzie ulżenia tej potrzebie. Odczuwałem coś pierwotnie uwalniającego w tym, że za każdym razem, kiedy odzywał się ten impuls po prostu robiłem krok w bok i zraszałem okoliczne krzaczki. Seryjne popijanie wody poprzeplatane regularnie oddawaniem moczu wyznaczało również pewien fizjologiczny rytm mojej wędrówki.
W ten sposób bardzo szybko dotarłem do szczytu Baraniej Góry. Dookoła rozciągała się cudowna, skąpana w zimnej szarości panorama i na dodatek zaczynało kropić. Szybko wbiegłem zaliczyć wieżę widokową, pozdrowiłem całą okolicę i leciałem dalej, gdyż na szczycie wiatr dął już ze zdecydowaną siłą i zrobiło się po prostu zimno. Od teraz niestety czekała mnie już tylko droga w dół do wspomnianego miasteczka, ale nie mogę odmówić jej uroku. Zbocze góry osłaniało mnie już od co mocniejszych podmuchów wiatru, deszcz na szczęście się nie rozkręcił i jeszcze długo brak gęstej i wysokiej roślinności odsłaniał stymulujący mnie, minimalistyczny krajobraz. Tak więc mknąłem i mknąłem w zasadzie bez żadnej przerwy, aż po dwóch godzinach, już w gęstym lesie, natknąłem się na pierwsze domki miasteczka Węgierska Górka.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
