4. Śródlesie
Następnego ranka około godziny 7 wstałem dosyć opuchnięty. Wcale nie spało mi się wygodnie. Miałem płytki sen, co chwila się wierciłem, raz było za zimno, raz za ciepło, ciągle za twardo. Nie miałem pojęcia, czy w ogóle cokolwiek mi się przyśniło, za to z niepokojem stwierdziłem, że stan mojej głowy w dalszym ciągu nie jest stabilny. Ostrożnie wygrzebałem się z mojego barłogu na zimną, wilgotną i zamgloną polanę, gdzie przywitał mnie jakiś kudłaty piesek. Na szczęście miły. Po krótkim zastanowieniu stwierdziłem, że chcę jak najszybciej ruszyć dalej, żeby się trochę rozgrzać, rozruszać i dobudzić. Wiedziałem, że godzinę dalej jest schronisko – wczorajszego wieczoru zastanawiałem się, czy nie uda mi się tam dojść na bezpieczny nocleg, ale nie było to realne. W każdym razie postanowiłem, że dopiero tam zjem śniadanie i zastanowię się nad sobą i życiem. Szybko i byle jak zapakowałem namiot i ruszyłem ścieżką w porannej ciszy.

Kiedy dotarłem do wspomnianego schroniska (Przysłop pod Baranią Górą), całym sobą ucieszyłem się, że w nocy nie złapałem jakiejś głupiej fiksacji na dojściu do tego miejsca. I tak było zdecydowanie za daleko i musiałbym się przedzierać w zupełnych ciemnościach z latarką, a nie byłoby warto, gdyż to jedno z brzydszych schronisk, jakie widziałem w tej podróży. Wielki, betonowy kloc bez krzty uroku, tyle że w lesie. Za to na pewno o wysokim standardzie, więc co kto lubi.
Rozłożyłem się przy jakimś stoliku czując lekki dyskomfort spowodowany piętrzącą się za mną ścianą balkonów przynależnych poszczególnym kwaterom. Zgadywałem, że nie jestem najatrakcyjniejszym obiektem do podziwiania o poranku, ale już trudno, lepszych miejsc nie było. Wywaliłem na stół siatkę z kanapkami, rozłożyłem palnik, zaparzyłem kawę i żując kolejne kęsy chleba zapisywałem coś w dzienniku podróżnym oraz przyglądałem się dalszej trasie na mapach. Tym razem przyznałem przed sobą, że będę się czuć zdecydowanie pewniej, jeśli będę miał w perspektywie jakieś schronisko leżące w zasięgu. 30 kilometrów od obecnej lokalizacji znajdowała się prywatna turystyczna Stacja Słowianka. Daleko, ale jak najbardziej możliwe do osiągnięcia, zwłaszcza, że pora była jeszcze wczesna.
Z resztą wcześniej rozciągał się tylko 10 kilometrowy odcinek szlaku wiodącego przez miasteczko Węgierska Górka i okoliczną wieś Żabnicę. Przed tym fragmentem byłoby zdecydowanie za wcześnie na nocleg, a w samym miasteczku spać bym nie chciał, więc nie zostało mi nic innego, jak zrobić tę trasę. Zmobilizowany sprawnie ogarnąłem swój bajzel, odwiedziłem jeszcze toaletę, gdzie wysoki standard schroniska zdecydowanie ujawniał swoje najprzydatniejsze oblicze i kupiłem batonika na rozpęd. Chciałem kupić coś przeciwbólowego, ale mieli tylko batoniki, które w pewnym sensie też mogą sprawdzić się w tej roli. Krokiem na tyle sprężystym na ile pozwalał mi przeładowany plecak ruszyłem dalej.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
