W Pewnym Sensie

Gangozum Epilogum 

Dobra passa w mojej osobistej perspektywie uległa lekkiemu załamaniu po wykonaniu Mchu (który swoją drogą zaskakująco dobrze siadł w wykonaniu scenicznym). Na ten moment koncertu postanowiłem zalepić trochę czasu wykonaniem Korzeni z mojej solowej płyty. Na szczęście niedawno usłyszałem całkiem miłą rzecz dotyczącą tamtego wykonania, więc nie było tak źle, ale wtedy 5 minutowa ściana tekstu ostro wyczerpała mnie energetycznie, a w ślad za tym poszło poczucie, że i publika mogła trochę przygasnąć. Niestety stało się to dla mnie już w miarę oczywiste, że dynamika moich kawałków z solowej płyty jest słabo zaznaczona w potoku słów rwącym, acz jednak monotonnym. Potem Owoce wykonała solowo jeden ze swoich starych kawałków, aż przyszedł oczekiwany czas na mojego osobistego faworyta z nowej płyty – Dragi zryły mi łeb. 

No i wykonanie trochę nie dorosło do moich oczekiwań. Po pierwsze sam bit jakoś nie siedział tak, jak myślałem, że będzie. Zaczęliśmy mieć od tego kawałka jakieś problemy z basem na scenie, bo ta zaczęła się po prostu trząść od jego nadmiaru. Z tego powodu czasami traciłem orientację, gdzie dokładnie jestem. Niestety Owoce zaliczyła wpadkę z wejściem na zwrotkę, która została nadbudowana kolejną wpadką z pull-upem i zbyt wczesnym wejściem, więc wszystko się rozjechało. Shit happens, sam też się wywaliłem parę razy na tym koncercie, ale jednak straciłem pewność siebie. Po czym z całym basem uderzyło outro utworu, gdzie we znaki dały się nie do końca trafione wybory pod kątem sound designu.

Stopa uderzająca z dużą częstotliwością w tempie 4na4 nie powinna mieć tak dużego decaya – ogona dźwięku, który w tym momencie mocno nachodził na kolejną stopę i tak dalej. A że bas uległ jakiemuś dzikiemu rozregulowaniu nie słyszałem już nic innego od przeciągłej wibracji całej sceny, która rozczłonkowała moje poczucie rytmu i finalną wyliczankę wokalną wykonywałem absolutnie niezależnie od muzyki, do tego zapominając miejscami, co dokładnie poryło mi łeb, więc zastępowałem to bełkotem. Średnio. 

Kolejne utwory już wychodziły w porządku, ale pewność siebie nie wróciła i już nie czułem się taki gwieździsty, jak na początku. No i w dalszym ciągu bas totalnie mnie dezorientował swoją mocą. Muszę to jakoś przemyśleć przed kolejnym koncertem, jak się zabezpieczyć przed taką pułapką. Starczyło mi na szczęście jeszcze animuszu, aby zaproponować ponowne wykonie Dragów na bisa i przynajmniej tym razem track zachował ciągłość i płynność, ale outro znowu zkiepściłem. Trudno. Już i tak byłem wykończony. Z perspektywy myślę, że mogłem jeszcze zagrać na kolejnego bisa Zapraszam do doktora, bo był przygotowany, a publika jeszcze się domagała, ale no właśnie już się czułem trochę niepewnie z perspektywą grania jeszcze jednego potoku słów z solowego projektu, więc już ostatecznie zakończyliśmy występ. 

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>

Strony: 1 2 3 4 5 6


Opublikowano

w

,

przez

Tagi: