W Pewnym Sensie

Gangozum Epilogum 

Symultanicznie rozpierzchł się również cały tłum spod sceny, ale to dobrze. Zrobiło się trochę kameralniej i swojsko, bo już jakieś znajome mordki zaczęły się gdzieś czaić w oczekiwaniu na nas. Czekaliśmy trochę niepewnie w rogu pod sceną, czekając aż dj Miłego zabierze cały sprzęt, a mój dj wciągnie jeszcze jednego balona na rozpęd. Pada pytanie, czy będzie spoko, jak sobie je powciąga na scenie podczas koncertu. Mówię, że nie, bo nie wiem, czy nie zemdleje, albo nie przestanie ogarniać, jak puszczać kolejne bity (bo generalnie do tego sprowadzała się rola naszego WooCasha na ten moment). Dziwna to używka te balony. WooCash twierdzi, że zrobił research, są zupełnie nieszkodliwe i je ogarnia. Ja mu wierzę, ale osobiście odczuwam je jako 5 minut oszołomienia, jakby mi ktoś sprzedał gonga w potylicę, tyle że bez bólu i jakoś nie chciałbym w takim stanie ogarniać czegoś ważnego. W każdym razie mój zakaz i tak został zignorowany, ale bity leciały bez zastrzeżeń, więc luz. 

Z tej kminki wyrwał nasz sam Jesus – organizator spokoju popędzając zamaszyście do wejścia na scenę. No dobra, showtime! Ale się tylko jeszcze błąkaliśmy głupio po tej scenie przez 10 minut, bo jednak ciągle był ogarniany sprzęt po ATZcie, potem stwierdzono, że nie potrzebujemy dużego stołu, więc czekaliśmy jeszcze na mały, za którym WooCash musiał kucać, ale jemu to pasowało, bo nie przepada za światłami reflektorów. Woli działać z ukrycia. Potem przez chwilę zrobiło się groźnie, bo mimo podpięcia wszystkiego – czyli mini jacka do WooCashowego komputera, więc ciężko o błąd – dźwięku było brak. Czy to przez balony? – myślałem gorączkowo, czując jak twarz nabiega mi krwią. To były bardzo długie trzy minuty w oczekiwaniu na klasyczny proces naprawczy – restart komputera. Kolejny raz wciśnięty “play” i rozległa się fala piłującego intra MetaBengu. Uff! Można zaczynać. 

Sam przebieg koncertu to w moich wspomnieniach przede wszystkim rozmazana w adrenalinie smuga wrażeń. Na szczęście głównie pozytywnych. Przez pierwszą połowę bawiłem się wyśmienicie miotając swoją skumulowaną energią prosto w małą, ale jednak rosnącą grupę osób pod sceną. Nowe kawałki wjechały znakomicie, ale również dodany na szybko staroć z P2K – kosmiczne koneksje okazał się być cudownym bengierem, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu o konieczności dokończenia starych projektów. Poczułem się na tyle pewnie, żeby sobie trochę pogwiazdorzyć, porobić do publiczności ekspresyjne pozy i miny, pobawić się spontanicznie wokalem, tu kucnąć, tam skoczyć. Trochę w amoku i bez kontroli, na co później narzekała Owoce, której zdarzało mi się zachodzić drogę, kiedy nabuzowany szusowałem od jednego do drugiego krańca sceny.  

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>

Strony: 1 2 3 4 5 6


Opublikowano

w

,

przez

Tagi: