Nie ma chuja, żebyśmy teraz nie zagrali. Mobilizuję się z Magdą. Jakoś damy radę. Ale zaraz, zaraz, jak wszyscy mają covid, to co z nami? Robimy testy i wychodzą negatywne, uff. Pochwalę w tym momencie Owoce Sosny, bo dwa tygodnie wcześniej namówiła mnie na trzecią dziabę pfizerem, żeby nas właśnie nie dopadło na festiwal i kurwa nie dopadło! ARGH! Dobra, dzwonię do P2K, który też jedzie na festiwal i pytam, czy chce dzisiaj wyjść z nami na scenę. No raczej, że chce. Zajebiście. Kończymy pakowanie i jedziemy. Ze zmęczenia bolą mnie oczy.
Na miejscu szybko rozbijam namiot i siadam z laptopem do wycinania zwrot nieobecnych gangusów z instrumentali. Mam godzinę zanim padnie bateria. Na szczęście idzie dobrze i kończę proces z całymi 30 % zapasu. Koncert za 3 godziny. Szybko wybieramy jakieś stare kawałki, żeby zapełnić czymś czas wycięty z nowego materiału i uczymy się tekstów. Mózg nie chce, ale musi. Przyjeżdża WooCash i od razu bierze się za wyrównywanie głośności wszystkich na szybko dodanych do repertuaru staroci. 1,5 h przed koncertem robimy próbę generalną w krzakach. Jebią mi się teksty do staroci, czasami nawet zapominam nowych. Głośnik pada. Idziemy pod główną scenę.
Trwa koncert Miłego ATZ – headliner tej edycji festiwalu. Pod sceną tłum, a mi się chce srać ze stresu. Dobrze, że byłem już na koncercie ATZta jakiś czas temu, to nawet nie żałowałem swojej obecnej niezdolności do cieszenia się jego występem, który ociekał zajebistością. Mogłem tylko skupiać się na problemach w przypomnieniu sobie drugiej linijki pierwszego utworu. Stop! Nie ma co już o tym myśleć, będzie jak będzie, najwyżej zjebiemy i trudno. Próbuję rozładować napięcie machając łapami do rytmu. Dj WooCash wali balona z N2O na rozluźnienie i się uśmiecha. Będzie dobrze.
Ledwie udało mi się jakkolwiek wczuć w muzę ATZta, a ten ogłasza, że to już ostatni kawałek. I znowu uderzenie adrenaliny. Potem oczywiście bis, jeden i drugi, ale w końcu nastało nieuniknione i scena została pusta.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
