- MetaGæng Powrót Króla i Spokój po raz trzeci.
Kurz opadł, wyświetlenia poszczególnych kawałków nie przekroczyły stu, przygoda się skończyła, ale zostałem raczej z poczuciem spełnienia niż jakimkolwiek rozczarowaniem. Marzenia o podboju sceny oryginalnym debiutem zrewidowałem już na poziomie puszczenia pierwszego teledysku, więc byłem uzbrojony w niezbędną pokorę. Na szczęście nigdy nie pokładałem w rapie nadziei na materialne utrzymanie, mam konkretny zawód, więc rola muzyki w moim życiu jako hobby bez ciśnień zupełnie mnie satysfakcjonuje. Z hukiem i może zbyt impulsywnie rzuciłem wszystko w kąt, społecznościówki obumarły bez żadnego “Żegnam” z mojej strony, bo też nie zadałem sobie trudu definiowania mojego twórczego “urlopu”, a na pewno nie miałem zamiaru rzucać czegokolwiek ostatecznie. No i w tak oczyszczonej przestrzeni skupiłem się na rozwoju zawodowym.
Pierwszy impuls muzyczny przyszedł wraz z otrzymaniem bitu produkcji WooCasha. Kosmiczne, ambientowe plamy pobudziły wyobraźnię i podjąłem pierwszą próbę napisania tekstu w intencji skupionej bardziej dookoła przestrzeni i emocji niż gęstego, precyzyjnego przekazu. No i w ramach eksperymentowania stworzyłem pierwszy śpiewany refren. Co prawda próby jego wykonania jednoznacznie wskazały mi indywidualne warsztaty wokalne jako konieczny kierunek, ale na tym polega progres. Tak czy inaczej proces zbierania materiału na kolejny projekt powoli się ruszył i nieśpiesznie zaczął sunąć w niezdefiniowanym kierunku. I pewnie jeszcze dużo czasu by minęło zanim ktokolwiek by usłyszał o czymś konkretnym, ale rzeczywistość sama wrzuciła mnie na wyższe obroty.
Na początku marca sam Jesus się do mnie zwrócił! A konkretnie Jan Jesus Walter – organizator wielokrotnie wspomnianego Spokój festiwalu, napisał do mnie z pytaniem, czy jeszcze działamy jako MetaGæng, bo chciałby, abyśmy znowu zagrali grupowo, jak na pierwszej edycji. No i przykro mi się zrobiło w pierwszej kolejności, bo mogłem co najwyżej odpowiedzieć, że jako ekipa owszem się trzymamy, ale twórczo, to tak jakby osiedliśmy na mieliźnie. Ale minęła jeszcze chwila i już zacząłem czuć pewną ekscytację z samego faktu, że aż głupio odmówić takiemu zaproszeniu, więc szybko dodałem, że zagadam ekipę i może uda się zarządzić jakąś mobilizację i jednak sporządzić świeżą ofertę.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
