
- Artystyczny kac.
Cóż, znowu zacznę od kajań – ten tekst powinien powstać już dawno temu, po premierowym koncercie, który odbył się w lutym. Zakończeniu uległ tam pierwszy, najważniejszy etap mojego rozwoju artystycznego. Szumnie go zapowiadałem (jak na swoje możliwości) i przebieg wydarzenia absolutnie dorównał pokładanym w nim nadziejom, a wręcz przerósł dzięki cudownej publiczności, która się tam zjawiła. Więc było to oczywiste, że jakieś podsumowanie i podziękowania byłyby na miejscu, ale na przeszkodzie stanęły typowe dla mnie czynniki psychologiczne.
Mianowicie po wydarzeniach, które mogę zaklasyfikować w ramach osobistych osiągnięć, często odczuwam kaca. Takiego wypalonego, smętnego kaca, gdzie ciężko się zmotywować do dalszej aktywności. Wizualnie można to oddać tradycyjnym obrazkiem człowieka, który długo wspinał się na górę, tylko po to, żeby ze szczytu zobaczyć kolejny, jeszcze wyższy, na który wiedzie jego ścieżka. I pierwszą reakcją jest ogólne zniechęcenie i zmęczenie. Oczywiście taki górzysty krajobraz to zupełnie dokładna metafora życia i patrząc na to z dystansu w pełni to akceptuję, a wręcz afirmuję. Wszak i z nienajwyższych szczytów widok może być piękny, a i sama wspinaczka potrafi niesamowicie ekscytować. No ale zmęczenie też jest w pełni naturalne i potrafi wybić z rytmu.
- Legendarne Proto, mityczny Spokój.
Doświadczałem tego artystycznego kaca po pierwszym swoim koncercie w ogóle – jakieś 4 lata temu na Rapustaffce, która wtedy jeszcze odbywała się w Protokulturze. Wystąpiliśmy całą bandą jako świeżo uformowany MetaGæng i było legendarnie. Jako pierwszy kawałek poszła “Próba siły”, gdzie na scenie miało swój debiut łącznie 7 totalnie zestresowanych osób i cały kawałek trwał chyba z 10 minut na praktycznie jednej, niezmiennej pętli bitu. Pijana publiczność rzucała bananami i właziła pobujać się razem z nami na scenie. Cudowna adrenalina i prawdziwie undergroundowy klimat nieistniejącej już Protokultury. Tylko potem chyba z miesiąc nie byłem w stanie odsłuchać żadnego z naszych kawałków totalnie przygnieciony świadomością, że to był ledwie jeden z pierwszych kroczków na muzycznej ścieżce.
Następny kamień milowy, który musiałem trochę odchorować (chociaż tutaj nie mam jakichś drastycznych wspomnień), to koncert na pierwszej edycji cudownego Spokój Festiwalu. Tutaj skala wydarzenia była już totalnie onieśmielająca. Nie mając w zasadzie wiele więcej doświadczenia niż za pierwszym razem, dostaliśmy cynk, że jakiś kolega kolegi organizuje sobie undergroundowy festiwal muzyczny od ziomów dla ziomów i szuka wykonawców. To się zgłosiliśmy jakiś miesiąc przed planowaną datą wydarzenia i beng – dostaliśmy dla siebie scenę na całą godzinę w prime-time pierwszego dnia festiwalu. Było to możliwe tylko dlatego, że akurat jakiś wcześniej zabookowany na tę godzinę zespół się wykruszył i z braku laku organizator przyjął nas w ciemno (nie mieliśmy nawet żadnego opublikowanego kawałka, aby się czymś pochwalić [w sumie to dalej nie mamy]).
Na miejscu zastaliśmy bardzo kameralną, piknikową atmosferę. Na niedużej scenie plumkały alternatywnie gitary zespołu “Kwiaty”, pod sceną ludzie rozłożeni na kocykach, a pomiędzy biegające dzieci i pieski. Trochę dziwne było to, że niedługo my mieliśmy zaczynać nasz set na chamskich, syntetycznych bitach ze zwrotkami zaczynającymi się tekstami takimi jak np. “pierdolić oficjalność”. Ale zrobiło się ciemno, kocyki poznikały, na scenie puszczono dym i światła i jakoś klimat bardziej siadł. Tylko przed samym występem okazało się jeszcze, że mamy do dyspozycji zaledwie jeden mikrofon na naszą piątkę osób na scenie, więc musieliśmy go sobie wyrywać z rąk między zwrotami i refrenami, gdzie zazwyczaj nie było żadnych odstępów. Było surowo, ale bawiliśmy się przednie. Publiczność chyba też doceniła starania, bo pod koniec koncertu pod sceną było nawet trochę więcej osób niż na początku.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
