Było cudownie. Po pierwsze miejsce było zajebiste – niewielka sala kinowa położona w odrestaurowanej piwnicy na gdańskim Starym Mieście ocieka klimatem z łukowatych, ceglastych sufitów nadgryzionych zębem czasu. Po drugie – Agata dała cudowny, niepowtarzalny spektakl świetlny, który podbił wymowę i klimat każdego kolejnego utworu zwielokrotniając siłę jego oddziaływania. Po trzecie – nie zemdlałem w trakcie i tylko dwa razy musiałem powtarzać jakieś utwory, bo zapomniałem tekstu. Po czwarte i najważniejsze – PUBLIKA!
Na ogłoszeniu wydarzenia dałem przezorny komunikat z prośbą zaznaczania swojego uczestnictwa, bo salka jest mała i pomieści tylko 40 osób, ale byłem raczej przekonany o tym, że zostaną puste miejsca. Tymczasem salka całkowicie się przepełniła tak, że ludzie musieli siadać w przejściu między siedzeniami i w samych drzwiach wejściowych. Wypełniliście absolutne maksimum i byłem tym wzruszony. Obawiałem się, że wymęczę swoim ponad godzinnym występem uszy przybyłych i część zacznie wycofywać się rakiem w trakcie występu, a dostałem gorące owacje, prośbę o bis i wielokrotne, personalne gratulacje po ostatecznym odłączeniu mikrofonu. Udało mi się zaangażowaniem, intencją i przesłaniem nadrobić techniczne braki tego materiału, a Wy to doceniliście za co jestem wam niesamowicie wdzięczny. Jeszcze raz – DZIĘ-KU-JĘ!
To może jeszcze słówko o wrażeniach z samego wystąpienia. Z relacji wiem, że w najdrobniejszych detalach widzieliście ociekającego potem, pulsującego, czerwonego na twarzy Tymosa na tle wielobarwnych animacji, łapiącego rozpaczliwie oddech między wyrzucanymi z całą siłą wersami. Tymos nie widział nic oślepiony przez moc projektora Agaty skierowanego prosto na jego twarz. Może i pomogło mi to w koncentracji i pewnym zdystansowaniu się od tej nietypowej sytuacji, w której wykonuję niezwykle energiczny repertuar, a metr przede mną zaczynają się rzędy fotelików z usadzonymi na nich w milczeniu i skupieniu ludźmi.
Nie był to typowy koncert. Miałem to dziwne uczucie znane mi ze snów, kiedy jednocześnie oglądam i występuję w filmie, tyle że tutaj Ja byłem filmem. Zaczęło się z pełną werwą i bezbłędnie. Już się cieszyłem złapanym flow, ale pierwsze otrzeźwienie przyszło, kiedy zapowiedziałem czwarty utwór – “Płynę”, jako jedyny chillowy na płycie, więc, żeby się relaksowali, póki jest na to szansa. Po czym w jego środku totalnie straciłem oddech, przed oczami pojawiły się mroczki i ledwo dosapałem do końca uzyskując odwrotną od chillowej atmosferę walki i desperacji. A potem faktycznie było już tylko intensywniej, więc musiałem między kolejnymi kawałkami podpierać się o ściany, łapać głębokie wdechy, jakbym przed chwilą tonął i czerpać łapczywie hausty wody, aby się nie odwodnić od znacznej ilości upływającego ze mnie potu. Ale w samych utworach cisnąłem na 110% bez litości i jestem z tego dumny. Dwie wpadki z zapomnianym tekstem, parę potknięć w rytmice, ale ogół doskonały, więc z całego serca dziękuję również sobie.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
