- Długa droga do debiutu.
Proces ten okazał się niesamowicie długą i mozolną drogą. Wystarczy wspomnieć, że zaraz po formacji MetaGængu nahajpowany zakładałem, że wspólny mixtape wydamy do wakacji, a płytę solową do końca roku. Mixtape nie pojawił się nigdy, a płyta solowa urodziła się w bólach dopiero po trzech latach od pierwotnej decyzji. Wpłynęło na to wiele czynników, ale głównym był po prostu brak doświadczenia. Kolekcjonowanie bitów, aranż, mix i mastering to procesy, w które angażowałem osoby trzecie, które (poza mixem i masteringiem) uczestniczyły w tym na zasadzie koleżeńskiej, więc nie było mowy o żadnym wywieraniu presji. Też nie był to tylko Tuzin, bo ostatecznie lista producentów znacznie się rozszerzyła, a nawet Ja sam zacząłem bawić się w produkcję, co oczywiście wymagało kolejnych nakładów czasu. Trzeba było również te wszystkie, istniejące co prawda od dawna, teksty dopasować do nowych podkładów i odświeżyć muzycznie, co nie było takie proste, bo w trakcie ich pisania moja muzyczna świadomość była praktycznie nie istniejąca. Miałem przed sobą całe ściany gęstego przekazu o skomplikowanych rzeczach, które wcale nie przekładały się na przyjazną słuchaczowi wartość muzyczną.
Wymarzyłem sobie oczywiście też całą oprawę wizualną. Ukończenie teledysku do “Zapraszam do doktora” zajęło prawie rok zmagań z dziwnym materiałem, dziwnymi pomysłami, dziwnym programem i współtwórcami, dla których nie było to tak priorytetowym zadaniem, jak dla mnie. Potem był Mash-up do “Wszystkiego”. To robiłem praktycznie samemu, więc płynność była większa, ale i skala umiejętności do szybkiego nabycia znacząco wzrosła. Potem projekt okładki i wizualne ilustracje do kawałków i na koncert (tutaj akurat było to dzieło w całości Agaty Kościołowskiej). W żadnym z procesów dotyczących powstawania tej płyty nie byłem sam, pomagało mi mnóstwo wspaniałych osób, ale jednak tylko od mojej motywacji zależało, czy uda mi się to wszystko przepchnąć do jakiegoś faktycznego finału, co znowu momentami bywało przeraźliwie wyczerpujące. Tym bardziej za każdym kolejnym razem, kiedy musiałem znowu przełożyć datę premiery wprzód.
W końcu doszło do tego, że na ostatniej prostej byłem już do tego stopnie znużony procesem, że zaczynałem mieć dosyć własnych kawałków, o których publikację tak się starałem. Powoli przestawały mi się podobać! Stety i niestety w tak długim procesie zdążyłem również na tyle poszerzyć swoje horyzonty muzyczne i umiejętności, żeby boleśnie uświadomić sobie wszystkie braki i niedociągnięcia obecne na Tymos Theos LP. Już nie jawiło mi się to jako niezwykłe dzieło, wyjątkowe na polskiej rap scenie, które na pewno kogoś zainteresuje przez swoją oryginalność i ambicje, ale raczej jako dosyć kanciasty, amatorski twór z treścią na tyle gęstą i przez to nieczytelną, że wymagałoby wielkiej pracy od słuchacza, aby faktycznie zrozumieć jej niuanse. A tej pracy żaden słuchacz nie podejmie, bo muzycznie jest to wszystko zbyt prymitywne (i nie mówię tu nawet o bitach, ale własnej technice), aby dawało przyjemność. Więc już po prostu chciałem to przepchnąć, puścić w Internet, mieć to za sobą, aby z całym zebranym doświadczeniem móc zabrać się za coś świeżego i po prostu lepszego.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
