W Pewnym Sensie

Test rzeczywistości

Filozofia małych kroków już od jakiegoś czasu znacznie ułatwia mi życie na wielu polach. Całym sobą zgadzam się z tym, że lepiej przyzwyczajać się do nowych, rozwojowych nawyków na drodze możliwie dostosowanej do dotychczasowego trybu życia. Może nie pomoże to nam osiągnąć celu w zawrotnym tempie, ale przynajmniej nie odstraszy nas sromotną porażką poniesioną w naturalnej chwili słabości, której każdy czasami doświadcza.

W przypadku prowadzenia sennika jak najbardziej można wprowadzić sporo udogodnień w zależności od osobistych preferencji. Po pierwsze forma. Tradycyjny dziennik z ładną okładką, starannie zapisywany wyrafinowanym piórem na pewno ma dużą wartość sentymentalną, swoim wyglądem może podkreślić rangę przedsięwzięcia wzmagając zaangażowanie, a ręczne zapisywanie snów samo w sobie wymaga większego skupienia, co sprawia, że treść lepiej zagnieżdża się w pamięci. Z drugiej strony ręczne pismo jest szczególnie czasochłonne, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że w miarę rozwoju pamięci snów treści zaczyna być coraz więcej i więcej.

W szczytowych momentach swojej sennej formy potrafiłem zapisywać po przebudzeniu nawet 10 stron, co było możliwe tylko ze względu na trwające wakacje i ogólną beztroskę. Dlatego polecam poeksperymentować ze zdecydowanie szybszym, acz mniej romantycznym, zapisywaniem snów w formie elektronicznej na klawiaturze, albo nawet nagrywaniem ich na dyktafon. Zapis elektroniczny ma też tę zaletę, że jest dużo czytelniejszy i łatwiej wracać do zapisanych już snów w celu ich interpretacji, bądź po prostu wspominek. Moje poranne pismo odręczne na przykład stanowi doskonały szyfr uniemożliwiający osobom postronnym nieupoważniony wgląd w świat moich snów. Z kolei kiedy raz postanowiłem się nagrać, to brzmienie mojego zaspanego głosu sapiącego absurdalne historie okazało się zbyt żałosne, abym nawet ja mógł przez nie przebrnąć.

Najważniejszym jednak aspektem prowadzenia sennika, w stosunku do którego możemy zastosować z powodzeniem filozofię małych kroków, jest częstotliwość i pora zapisywania snów. Wszędzie, gdzie czytałem na temat śnienia polecano odnotowywać możliwie dużo szczegółów możliwie szybko po przebudzeniu, a nawet wybudzać się w środku nocy, żeby mieć dostęp do jeszcze większej ilości snów. Zgadzam się, że w ten sposób można osiągnąć najlepsze wyniki, ale absolutnie nie jest to konieczne do prowadzenia satysfakcjonującej praktyki, która w dalszym ciągu będzie rozwijać i przynosić coraz lepsze efekty. W tym momencie po prostu noszę sennik ze sobą w plecaku i kiedy przychodzi moment, że akurat mam trochę wolnego czasu, zapisuję wszystko, co jeszcze nie uległo zapomnieniu. Bez presji, bez zmuszania się do wcześniejszych pobudek. Staram się jedynie nie zagłuszać swojej perspektywy na dogodną możliwość w ciągu dnia i w zasadzie codziennie jestem w stanie zapisać cokolwiek, a z czasem też coraz więcej.

Zdarzają się oczywiście puste dni, ale celem w praktyce jest raczej łagodne splątanie obu światów w domyślnej perspektywie niż pełna świadomość wszystkiego, co przeżywamy za zamkniętymi powiekami. Zwłaszcza, że tak jak i na jawie, tak i w świecie mary często doświadczamy zdarzeń po prostu błahych, których nie chce się nam rozpamiętywać, czy poświęcać nań energii i nie ma w tym nic dziwnego. Za to bądźmy wyczuleni, na te historie, które jednak zdają się nieść ładunek znaczenia i emocji i nie pozwólmy im przepaść w zapomnieniu przez zwykłe niechlujstwo.  

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14


Opublikowano

w

przez