Hipoteza jest taka, że w momencie śmierci mózg katapultuje naszą jaźń w podróż tak intensywną, że czas ulega zakrzywieniu do tego stopnia, że moment dzielący nas od całkowitej fizycznej śmierci zostaje rozciągnięty w subiektywną wieczność. Autonomiczna informacja składająca się na poczucie własnego „Ja” zostaje na stale umieszczona w świecie niematerialnych symboli i skojarzeń, który musi przypominać niekończący się sen.
Daje to interesującą perspektywę na koncept nieba i piekła. Nasze dobre i złe uczynki odkładają się w ciągu całego życia w naszej świadomości i przenikają pod symboliczną postacią do świata snów. Ludzie, którzy mają tendencję do zagłuszania głosu własnego sumienia i żywią się krzywdą zadaną innym, często narzekają na problemy ze spokojnym snem. Ich wypoczynek zakłócany jest przez nawracające koszmary, często odzwierciedlające niegodziwe czyny i rozdzierające emocje z nimi związane. Jeżeli po śmierci mieli by znaleźć się w takim śnie bez możliwości wybudzenia się z niego, to tak odmalowany pejzaż wiecznej egzystencji zaczyna być równoznaczny z piekłem.
Na drugim skraju spektrum osoba „święta”, żyjąca w stanie wewnętrznej zgody, spokoju i moralnej równowagi trafi do snu odzwierciedlającego te jakości, co zbliża go do potocznie rozumianego nieba, jako krainy wiecznego szczęścia.
Stety, niestety ten model życia po śmierci implikuje bardziej skomplikowany obraz niż tylko prosty podział na dobro/ zło i niebo/ piekło, jako adekwatne kierunki pośmiertnej destynacji. Jak doskonale wiemy, koszmary trafiają się nam nie tylko, kiedy sami splamimy się złym uczynkiem, ale także, kiedy zło zostanie zadane nam i przez to strach zatruwa nam umysł czy to na jawie, czy w świecie snu. Pozwala mi to mieć obawę, że cierpienie niewinnych niestety nie kończy się jednoznacznie w momencie śmierci. Oby potencjalny bóg był na tyle dobry i sprawczy, aby mieć ich w swojej opiece ułatwiając proces przejścia do krainy wiecznego snu.
Nie mam też wątpliwości, że wartości skrajne na spektrum są czysto orientacyjne. Zdecydowana większość z nas wyląduje raczej w skrojonym pod osobiste doświadczenia „czyśćcu”, gdzie dobre ze złem będą mieszać się w najróżniejszych proporcjach i kształtach. I tu przechodzę chyba do meritum, gdzie muszę podkreślić wszelką iluzję dotyczącą wyobrażenia „wieczności” spraw ostatecznych. Niebo i piekło wydały mi się bardzo plastyczną metaforą przemawiającą do umysłu wychowanego na chrześcijańskiej mitologii, ale poprzez kulturowy przekaz zawsze miałem wrażenie, że są to krainy, do których trafia się na zawsze w ramach kary/nagrody związanej z jakością życia na Ziemi. Wyobrażałem je sobie właśnie w kategoriach ostatecznych, ucieleśniających wieczność, stałość i niezmienność obiektywnego dobra i zła.
Moje rozumienie chrześcijańskiej mitologii jest oczywiście w znacznym stopniu ograniczone, ale właśnie inspirując się tym rozumieniem mogę dotrzeć do własnych wyobrażeń, których nie należy brać za krytykę religii chrześcijańskiej. Wierzę, że czegokolwiek nie doświadczymy po śmierci, będzie to „tylko i aż” kolejny z wielu etapów procesu istnienia Wszechświata, w którym, jeżeli istnieje jakikolwiek definitywny koniec cechujący się obiektywną stałością, to znajduje się on daleko poza możliwym wyobrażeniem współczesnego człowieka. Wierzę, że wszyscy trafimy do czyśćca, który będzie kolejnym światem do eksploracji siebie i rzeczywistości, w którym będziemy podatni zarówno na szczęście i cierpienie i w którym, mocą własnych wyborów, będziemy mogli dalej podążać w stronę światła lub ciemności. Być może świadoma eksploracja snów jeszcze za materialnego życia może nam pomóc w przygotowaniu się do wejścia na stałe w tę kolejną stronę egzystencji, jednocześnie polepszając jakość tego co tu i teraz.

KONIEC
