W Pewnym Sensie

Potęga świadomości

Zbliżyłem się do okna o lekko mieniącej się i falującej powierzchni i przeniknąłem przez nie bez najmniejszego problemu. Zawisłem w powietrzu cztery piętra nad ziemią. Panowała przejrzysta, gwieździsta noc, a ludzie spacerujący na ulicy pode mną pokazywali mnie palcami, wymieniając między sobą podniesionymi głosami zdziwione spostrzeżenia. Nie miałem czasu się nimi przejmować. Sen musiał się kiedyś skończyć, a wyjątkowy poziom mocy, który tym razem czułem, skłaniał mnie do podjęcia możliwie heroicznych wyzwań. Postanowiłem odwiedzić czarną dziurę w centrum naszej galaktyki. W tym szczytnym celu wyciągnąłem do przodu pięść, gdyż wyobraziłem sobie, że dostanę się tam lecąc niczym supermen, przecinając ze świstem przestrzeń z nadświetlną prędkością. Nic takiego się nie stało i dalej głupio wisiałem w tym samym miejscu.

Skonsternowany zmieniłem technikę na coś w stylu pływackiej żabki i tutaj efekt już był, tyle że mało satysfakcjonujący. Leciałem z prędkością analogiczną do tej, którą osiągnął bym w rzeczywistym basenie z wodą, a do tego było to równie męczące. Nie dawało to najlepszej perspektywy na pokonanie 27 900 lat świetlnych dzielących mnie od celu. Zniechęcony przycupnąłem na dachu katedry św. Mikołaja, aby odsapnąć chwilę i przemyśleć strategię działania. Zwróciłem uwagę na to, że sama katedra różniła się znacznie od swojej fizycznej wersji – była zdecydowanie bardziej masywna, zielonkawa, a jej gotycka architektura wzbogaciła się o futurystyczne stalowe elementy. Dobrze mi się ją podziwiało. Mam tendencje do śnienia wspaniałych budowli robiących olbrzymie wrażenie. Klimatu dopełnił klarowny, piękny krajobraz olśniewającej starówki, również będącej podrasowaną wersją swojej materialnej formy. Gwiazdy mocno lśniły na niebie spowijając wszystko w osobliwy, zielony blask.  

Natchniony unikalną atmosferą stwierdziłem, że nie mogę się poddać w wyznaczonym zadaniu, zwłaszcza że jakikolwiek będzie ostateczny efekt i tak powinno być ciekawie. Otuchy dodał mi także przebłysk logicznego myślenia uświadamiający mi, że nie mogę się przecież fizycznie męczyć, skoro moje ciało spoczywa wygodnie w łóżku. Pokrzepiony odbiłem się stanowczo od dachu i popłynąłem do gwiazd. Różnica była zauważalna od razu – zmęczenie przestało mi doskwierać, a mimo tego samego żabkowatego stylu lotu zacząłem nabierać prędkości. Wznosiłem się wyżej i wyżej i coraz mocniej wypełniało mnie poczucie ekscytacji i szczęścia nieograniczonej eksploracji. Aż do momentu, w którym eksploracja została niespodziewanie ograniczona w stopniu całkowitym. Otóż doleciałem do sufitu pokrytego tapetą w gwiazdy. Absolutnie zgłupiałem.

Mimo przepełniającego mnie poczucia sprawczości mój umysł postawił mi wyraźną granicę obszaru, na którym mogłem się poruszać. Zrealizował się scenariusz z Seksmisji i Truman Show, tylko nie miałem pojęcia co i dlaczego w tak absurdalny sposób utemperowało moje pionierskie zapędy. Poczułem w sobie sfrustrowaną determinację, która nie pozwalała odpuścić. Na szczęście w najbliższej okolicy dopatrzyłem się budowlanej ekipy, która przeprowadzała prace renowacyjne jakiejś części tego sufitu. Okoliczność doprawdy zaskakująca, ale w tamtym momencie przyszło mi do głowy tylko tyle, aby pożyczyć od nich nóż do tapet. Wielka szkoda, że nie zagadałem. Pewnie ich wiedza dotycząca natury niespodziewanego sufitu udającego nieboskłon trochę naświetliła by mi moje położenie, ale przynajmniej nóż dali bez problemów. W zapamiętaniu zacząłem ciąć sklepienie, które tak bezlitośnie udaremniło mi spełnienie marzeń o podboju kosmosu. Za karton-gipsem musiałem przebrnąć przez warstwę żółtej izolacji z wełny mineralnej, a ostatecznie natrafiłem na deski, które jakimś cudem również ustąpiły niepozornemu nożykowi.  

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>

Strony: 1 2 3 4 5


Opublikowano

w

,

przez