Takie rozumienie absolutu pociąga za sobą atrakcyjną w mojej perspektywie genezę i istotę zjawiska moralności. Jej rdzeniem i zarazem najwyższą wartością staje się egzystencja sama w sobie. W końcu najważniejszą cechą absolutu jest to, że istnieje, że jest świadomy tego istnienia i chce, żeby trwało ono jak najdłużej. W najprostszym ujęciu jeżeli coś „jest”, to jest to stan preferowany od „niebycia”. To oczywiście standardowy, doskonale znany i uznawany instynkt przetrwania, który dotyczy wszelkich organizmów żywych, ale rozszerzenie go na cały Wszechświat ustala duchową hierarchię, która może stanowić fundament rozwoju moralności. Najważniejszy jest Absolut, ponieważ jeżeli on przestanie istnieć, to nie będzie już istniało nic innego. Następnie jest Życie, jako kolektywna forma energii i świadomości animizującej materię na naszej planecie. Dopiero potem pojawia się nasz gatunek, jego poszczególne komórki społeczne, a na samym końcu indywidualne jednostki.
Rozwój moralnej świadomości u jednostki zaczyna się od końca, kiedy to na piedestał wynosi się właśnie własne istnienie, czemu często towarzyszy gotowość do zabezpieczania go kosztem innych. Rozszerzając swoją świadomość coraz mocniej jednak dostrzegamy głębokie połączenia sięgające w głąb kolejnych stopni ewolucji Wszechświata, aż do samych jego początków. Wszystko dookoła nas jest nie tylko otoczeniem, w którym przyszło nam egzystować, ale samym fundamentem tej egzystencji i działając przeciwko niemu doprowadzamy do korupcji i stanu zagrożenia nas samych. Dlatego trzeba żyć jak najpełniej i najdłużej się da, ale w pełnym poszanowaniu dla całości rzeczywistości, bo tak naprawdę żyjemy dla niej, a nie dla siebie. Wartością nadrzędną jest istnienie, ale nie nasze, a całego Wszechświata, Życia i wszelkiej świadomości, a my przyszłość tego istnienia musimy zabezpieczyć poprzez możliwie harmonijny rozwój oparty na współpracy.
Samo Życie daje nam przecież wyraźny przykład, że osiąganie kolejnych jakości w toku ewolucji praktycznie zawsze związane jest z nową, zaskakującą formą połączenia się odrębnych jednostek. Było tak najpierw z syntezą dwóch jednokomórkowych organizmów, z których powstała nowoczesna komórka zawierająca mitochondrium, dzięki któremu optymalizacji uległo przetwarzanie energii, bez czego nigdy nie powstał by żaden organizm złożony. Następnie jednokomórkowce zaczęły się łączyć, by w wyniku emergencji stworzyć organizmy wielokomórkowe. I znowu te organizmy zaczęły się łączyć w społeczności, a ludzie są szczytową tego formą. Nie widzę powodu, aby ten uniwersalny zwrot ku współpracy i emergencji form złożonych miał przestać nas dotyczyć. Wierzę, że prawdziwe szczęście i poczucie spełnienia jest nagrodą, którą zsyła na nas Wszechświat za pozostawanie na tej słusznej drodze ku Wielkiej Wspólnocie.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
Umierający Bóg
przez
