W Pewnym Sensie

Umierający Bóg

Siedziałem o północy w pustym przedszkolu i myślałem nad sensem życia. Byłem nocnym cieciem, którego obowiązki zazwyczaj nie zajmowały nawet godziny z dwunastu przypadających na zmianę, więc zostawało mi sporo niezagospodarowanego czasu. Większość niestety marnowałem, ale nie tym razem. Nastrój dopisywał mi dosyć podły – z jednej strony przeżywałem sercowe rozterki, z drugiej zawalałem właśnie pierwszy termin zdania pracy magisterskiej, więc łatwo było o mały kryzys znaczenia. Byłem do tego stopnia odbarwiony, że wcześniej tego samego dnia, wracając z uniwersytetu, sam widok wielkiego plakatu nowych Transformersów wychodzących do kina sprawił, że zwątpiłem w człowieka. Wyprany z życiowej energii, pełniąc swoją bezsensowną wartę, zabrałem się za reewaluację swojego dotychczasowego światopoglądu. Byłem już długo po swoim najważniejszym duchowym nawrocie, w wyniku którego zaakceptowałem możliwość istnienia Boga, ale w tym smętnym momencie złapałem się na problemie logicznego zaakceptowania możliwości istnienia sensu, który jest dla mnie konstruktem równie fundamentalnym co Bóg. 

 Potrzebuję poczucia sensu w moim życiu, aby w pełni się nim cieszyć, aby znosić cierpienie i efektywnie się z niego uczyć, aby nie bać się śmierci. Potrzebuję świadomego Boga, aby mieć możliwość wejścia w obustronną relację z całym wszechświatem. I te dwa konstrukty – sens oraz Bóg – muszą się w jakiś sposób łączyć, a z tym właśnie okazałem się mieć problem. Wydało mi się, że sens jest logicznym stwierdzeniem tylko wtedy, jeżeli można go określić w odniesieniu do czegoś zewnętrznego. Na tej zasadzie sensem istnienia czajnika jest gotowanie wody, ale tylko wtedy, kiedy będzie w jego układzie istniał człowiek, który wykorzysta powstały wrzątek do zaparzenia sobie herbaty, na którą ma ochotę. Analogicznie człowieka również może charakteryzować sens istnienia, ale tylko wtedy, jeśli ten sens spełnia się wobec kolejnego bytu, którym może być w najrozleglejszej perspektywie właśnie Bóg. To do czego Bóg może nas potrzebować zawsze traktowałem jako temat z założenia objęty tajemnicą wynikającą z pokornej myśli o ograniczonych możliwościach naszego poznania, zwłaszcza w porównaniu do bytu absolutnego. Problem wyłonił się z owej źle zrozumianej hierarchii sensu, który tworzył niemożliwy do zamknięcia łańcuch. Bo jeżeli potrzebuję Boga do posiadania sensu, to czy Bóg również nie potrzebuje czegoś nadrzędnego względem samego siebie, aby posiadać znaczenie? 

Pierwszym skojarzeniem była teoria multiwersum zakładająca istnienie wielu równoległych wszechświatów, które być może istnieją w kolejnej nadrzędnej rzeczywistości, być może zamieszkiwanej przez byty jeszcze bardziej zaawansowane w stosunku do naszego Boga, który może realizować swój sens względem nich. Ale nie jest to rozwiązaniem problemu, tylko odsunięciem go w abstrakcyjną dal, jeszcze mniej dostępną naszemu ludzkiemu rozumowaniu. Jakkolwiek by to daleko nie było, w dalszym ciągu powinno istnieć coś ostatecznego, czego znów będzie dotyczył ten sam egzystencjalny problem braku sensu. Ewentualnie można przyjąć tezę o nieskończoności kolejnych bytów, ale to tworzy nieintuicyjną pętlę, którą ciężko w sensowny sposób odnieść do osobistego doświadczenia, tak aby wypełnić je sensem. Oba rozwiązania wydawały mi się bardzo niesatysfakcjonujące, więc na powrót zamknąłem swoją refleksję w obręb jednego wszechświata. 

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>

Strony: 1 2 3 4 5


Opublikowano

w

przez