W Pewnym Sensie

Umierający Bóg

Zastanowiłem się nad tym, jak w ogóle rozumiem i postrzegam Boga i zdałem sobie sprawę z tego, że mimowolnie nadaję mu cech wyniesionych z religii katolickiej. Chodzi o wszechmoc i wszechwieczność. Pogłębiając w tym kierunku swoją refleksję doszedłem do wniosku, że są to atrybuty również godzące w moją wizję sensu. No bo jaką motywację może posiadać istota nieograniczona przestrzenią i czasem, zdolna osiągnąć wszystko, o czym tylko pomyśli? W najlepszym wypadku byłem w stanie wyobrazić sobie to, jako eksperyment lub po prostu zabawę, co dalej wydało mi się szczególnie okrutne, biorąc pod uwagę aspekt cierpienia. Ten dylemat nazywa się teodyceą i został on już poruszony przez niezliczonych myślicieli i filozofów i jestem pewny, że istnieją głębokie i bardziej optymistyczne perspektywy na ten problem. Wówczas jednak na bieżąco śledziłem tylko swój tok myśli i odczuć, które podpowiadały mi potrzebę innego zrozumienia Boga. Takiego które uwzględnia także jego słabości. 

Tym, co ze skojarzeń z religią katolicką pozostało moją inspiracją, było to, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo. Jeśli tak, to najlepszą drogą do jego zrozumienia byłaby szczera i autentyczna analiza samego siebie – introspekcja, a fundamenty własnej egzystencji musiałyby w jakiś sposób dotyczyć również absolutu. Szukając w Bogu słabości, która nadałaby znaczenie jego istnieniu, nagle oświeciła mnie perspektywa na uniwersalną właściwość przemijania, która nie oszczędza absolutnie niczego we Wszechświecie, włącznie z nim samym. Jeśli miałbym uwierzyć w Boga, to w tamtym momencie przekonywał mnie Bóg, który umiera, wie o tym, ale nie wie, jak temu zapobiec, który obawia się tego, chce przetrwać lub przynajmniej zrozumieć samego siebie zanim minie bezpowrotnie. 

Wyobraziłem sobie Wszechświat, którego jedną z podstawowych właściwości jest świadomość zawarta w samej czasoprzestrzeni. Wszechświat ten urodził się i zaczął rozwijać, dojrzewać, rosnąć. Wraz z jego stale powiększającymi się rozmiarami pogłębiała się również jego samoświadomość, aż w końcu zdołał pojąć, że jego czas jest skończony i kiedyś przestanie się rozwijać, a tym samym umrze. Fakt egzystencji jest podstawową wartością – jeżeli coś istnieje i wie o tym, to naturalnym staje się chęć istnienia dalej, a perspektywa końca „bycia” jest interpretowana jako zagrożenie, od którego trzeba się oddalić na tyle, na ile to możliwe. Jeżeli Wszechświat jest świadomy, to i jego dotyczy to poczucie zagrożenia i niechęć wobec własnego końca, a więc i pragnienie zapobiegnięcia mu. Dokonanie tego nie było jednak możliwe w jego dotychczasowej, absolutnej formie, ponieważ jego wszechobecność wykluczała możliwość lokalnego poznania i działania w jakimkolwiek kierunku. W kosmicznej skali całego Wszechświata, cała jego zawartość jest jedynie najdrobniejszym pyłem rzadko rozsianym między rozległymi polami nieprzeniknionej pustki. Świadomość taka może dostrzegać własną egzystencję i postępującą ekspansję, ale całość pozostałej informacji dotyczącej istoty procesów za nią stojących pozostaje ukryta w niezrozumiałych szczegółach. Wszechświat musiał więc wyodrębnić część swojej świadomości i tchnąć ją w możliwie mały układ zdolny ją w sobie skupić i działać według niej. Myślę, że tak mogło powstać życie. 

<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>

Strony: 1 2 3 4 5


Opublikowano

w

przez