W Pewnym Sensie

Podróż

Otwieram oczy i widzę wnętrze mojej kapsuły. Jest tak absolutnie spokojna, tak perfekcyjnie wypełniona ciszą. Jest ona, moje widzenie i długo, długo nic. Swój oddech zauważam dużo później. Nic dziwnego. Jest tak lekki, płytki. Wątły niczym światło najodleglejszej z gwiazd, ale dzięki niemu uświadamiam sobie, że żyję.

Czym jest życie? Tego nie wiem, ale żyję. Staram się wyczuć te drobinki powietrza gładko muskające moje nozdrza i krtań, wpadające do moich tak nieznacznie unoszących się płuc. Wydaje mi się nawet, że czuję jak drobinki tlenu wchłaniają się tam i wędrują wraz z krwią do wszystkich zakątków mojego ciała. Jest i ono! Ciało. Faktycznie mam ciało. Rozkoszuję się tym nowym doznaniem przez chwilę. Wydaje się to takie dziwne, aby istniała możliwość poruszenia jakąś jego częścią, tylko dlatego, że tego zachcę. Wręcz śmieszne, ale dlaczego by nie spróbować. I…….. udało się! Ruszyłem dużym palcem u nogi! Tyle nowości! Mam nogę i ona ma duży palec, a ja mogę nim ruszać tylko dlatego, bo tak zechcę!

Jak wielka jest potęga myśli. Powoli, ostrożnie, nie dając się porwać własnej mocy, zaczynam kierować swoją wolę w kolejne opaznokciałe wyrostki i każdy z nich posłusznie zmienia swoje położenie na krótki moment. Wygląda na to, że mam ich aż dwadzieścia sztuk, z czego połowa jawi się jako dużo sprawniejsza i precyzyjna. Pojawiają się „dłonie” i dziwny dreszcz przebiega przez całą moją powierzchnię. Coś mi się przypomniało, coś z przeszłości, coś dziwnego. Co to wszystko oznacza?

Cisza zostaje przerwana przez wibrujący dźwięk dochodzący wprost ze mnie. Kolejny puzzel do układanki. Przejeżdżam językiem po zębach i wydaję donośne mlaśnięcie. Mruknięcie. Szczeknięcie. Pisk. Cała seria pourywanych fal dźwiękowych tworzonych przez mój wspaniały narząd gębowy. W końcu zdobywam się na słowo – „BÓG” – wypowiedziane ostrym tonem brzęczy przez chwilę w przestrzeni, po czym znika zostawiając za sobą posmak jakiegoś przepastnego znaczenia. Samo „znaczenie” jest bardzo ciekawym konceptem. Chyba nie istnieje nic poza znaczeniem na tym świecie. Tyle znaczeń. Tyle przeinaczeń. „Tyle znaczeń, tyle przeinaczeń” wyrywa się z mojej krtani. W końcu aktywizuję całość siebie i zadziwiająco sprawnie podnoszę się z łóżka. Idę do łazienki, gdzie mogę przejrzeć się w lustrze.

Oczy, usta, nos. Czyjaś twarz spogląda na mnie z odbicia. Przyglądam się jej bardzo długo i dokładnie, bo gdzieś tam zdaję sobie sprawę, że patrzę na samego siebie, a jakże ciekawy jestem teraz samego siebie. Człowiek. Jestem człowiekiem. To brzmi dumnie. Na odbitej twarzy rośnie szeroki uśmiech. Mogę wszystko.

Wracam zasiąść przed pulpitem sterującym kapsuły. Osiadam ciężko na krześle próbując otrząsnąć się z oszołomienia. Na radarze nie ma nic poza centralną diodą będącą mną w takim samym stopniu jak twarz z lustra.

Dokąd teraz?



KONIEC

Strony: 1 2 3


Opublikowano

w

przez