Ostatkiem sił wybijam się nad powierzchnię wzburzonej cieczy, łapczywie łapiąc największy haust powietrza, na jaki stać moje obolałe płuca. Kolejna fala od razu wbija mnie z powrotem pod powierzchnię obracając moim ciałem niczym szmacianą lalką, znów na moment pozbawiając mnie przytomności i orientacji, ale walczę dalej ze wszystkich sił. Jeszcze raz przebijam się przez taflę i kolejna porcja życiodajnego tlenu rozpala nadzieję na przetrwanie tego sztormu. Problemem są dwie pary napuchniętych wodą kombinezonów, które mam na sobie, a których ciężar nieustannie blokuje moje ruchy i ciągnie w stronę czarnych głębin.
Biorę kolejny, jak największy wdech, pozwalam przykryć się następną warstwą wody i skupiam całą swoją wolę na wydobyciu się z tej pułapki. Zrywam z siebie warstwy jedna po drugiej, a następująca ulga, poczucie lekkości i swobody sprawiają, że prawie zaczynam się śmiać. Z nowymi siłami wynurzam się po raz ostatni, teraz pewny swojej szansy w starciu z żywiołem. Ale o dziwo ten wcale nie rzucił mi kolejnego wyzwania, tylko ustąpił, zelżał w swojej wściekłości, zaprosił mnie do życia. Na spokojnie rozglądam się dookoła, pozwalając aby ciepły wiatr i deszcz pieściły moje ciało. Gdzieś za ścianami gęstych kropel dostrzegam rozmyty zarys czegoś wielkiego, kołyszącego się w spokojnym rytmie malejących fal. To mój statek! Ratunek!
Ratunek przed czym?
Wspinam się po burcie i momentalnie opadam na zupełnie pusty pokład ciesząc się się nowo nabytą stabilnością istnienia. Tylko co tu dalej z tą stabilnością począć? Podnoszę się do pozycji siedzącej i omiatam spojrzeniem otoczenie. Jak pięknie tu wszystko faluje. Wychylam się za burtę i rozglądam w każdym kierunku na bezkres oceanu, który skrzy się pod bezchmurnym już niebem. W zasadzie bardzo ciężko mi zweryfikować, gdzie dokładnie kończy się ocean, a zaczyna niebo. Wszystko tak dziwnie faluje. Czy to dobre miejsce i sytuacja do „bycia” w kulminacyjnym punkcie swojego życia? Wszystkie kroki, które kiedykolwiek postawiłem doprowadziły mnie ostatecznie właśnie tutaj. Jestem w szczytowym punkcie własnej linii czasu, tkwię na rozdrożu czekającym na kolejną akcję. Ale nie spieszę się, nie ma dokąd. Równie dobrze, zanim wrócę do walki z żywiołem i poskramiania kolejnych fal, mogę nacieszyć się teraźniejszością. Tą chwilą, w której wszystko trwa tak bardzo „teraz”, że nie ulega zmianie. Tym czasem, w którym on sam nie istnieje, bo brakuje mu ośrodka, gdzie mógłby płynąć. Kieruję wzrok na własne dłonie.
Dłonie – precyzyjne narzędzia do obsługi rzeczywistości. Tak naprawdę składają się z komórek, z których każda zasługuje przecież na miano oddzielnego organizmu. W jaki sposób te miliony odrębnych istnień były w stanie zjednoczyć się do tego stopnia? Czy nie błędne jest rozumowanie o sobie w kontekście indywidualnego bytu, skoro zarówno w mniejszej i większej skali możemy zobaczyć armię? Zaczynam powoli słyszeć ten pomruk spomiędzy. Słyszeć chór zjednoczonej wielości wybijający pulsem mojej falującej dłoni. A wszystko zwalnia. Dłoń wypełnia coraz więcej mojego wszechświata. Jej linie papilarne zamieniają się w szczeliny pustki między sznurami roziskrzonych galaktyk, a szum zlewa się w jednorodny, czysty ton. Statku już nie ma. Powoli zanurzam się w oceanie, którego idealnej powierzchni nie zakłóca już ani jedna zmarszczka. Zamykam oczy.
Już nie ma dłoni. Już nie ma nic poza czystym światłem. Wije się i skręca, pulsuje i oddycha, ale coraz wolniej i wolniej i wolniej. Wiem, że zbliżam się do punktu zero. To jedyna informacja jaką teraz posiadam i ostatnia jakiej muszę się jeszcze pozbyć przed jego osiągnięciem. Już nie da się tego zatrzymać. Już jej nie ma. Świetlisty wzór zamiera w bezruchu. Sieć czystej, jednorodnej energii, która jest wszystkim, a wszystko jest nią. Boże, jakiś Ty piękny.
Pustka.
Ciemność.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
Podróż
przez
Tagi:
