W Pewnym Sensie

Nowy początek czegoś

Generalnie bywało po prostu nudno. W żadnym wypadku nie określiłbym tych wakacji jako nieudanych, bo obcowanie z naturą zawsze daje mi dużo satysfakcji, ale dość jasnym okazało się dla mnie, że wolę takie przygody dzielić z innymi osobami. A jednak, mimo braku ekscytujących wrażeń, pozostałem przy swoim pomyśle opisania dzień po dniu całej wędrówki w artykule na bloga. Miałem takie założenie jeszcze przed wyprawą, ze względu na spodziewany mistyczny charakter przeżyć i postanowiłem się tego trzymać, niczym obowiązku w służbie własnej przyszłości.

Co prawda misję po trochu uzasadniał faktycznie ekscytujący finał wyprawy, w którym nażarłem się samodzielnie zebranych na beskidzkiej łące magicznych grzybów, po których odbyłem szamanistycznego tripa łącząc się z grzybową świadomością, ale pisząc relację nie dotarłem nawet blisko tego momentu. Utknąłem mniej więcej na piątym dniu dziesięciodniowej wyprawy. Opisałem to w najdrobniejszym detalu, starając się o możliwie największą immersyjność przekazu na przeszło 20 stronach A4. Brnąłem przez to parę miesięcy wkładając olbrzymi wysiłek, aby uczynić ten tekst jak najbardziej jakościowym. Pociłem się i giąłem nad każdym kolejnym słowem wyobrażając sobie poziom zaangażowania potencjalnego czytelnika. A jednak z tyłu głowy nieznośnie brzęczała mi smutna prawda o tym, że treścią tej epopei jest typ z pustą głową idący samotnie przez las. 

No i poddałem się. Moment dotarcia do połowy wyprawy był przerażający w swojej perspektywie potrzeby napisania jeszcze drugiego tyle, aby, zachowując spójność narracji, dotrzeć w końcu do faktycznie interesującego mnie finału. Rzuciłem to w piździec i zdecydowałem, że wystarczającą treścią na najbliższy czas będzie zbliżająca się wtedy realizacja mojego pierwszego projektu muzycznego. Pisanie prywatnych przemyśleń miałem sobie zostawić na bliżej nieokreśloną przyszłość, kiedy dopadnie mnie wena. No i patrzcie – dopadła! 

PS. Tak sobie teraz myślę, że po takiej meta kminie o własnym procesie pisania niedoszłej powieści o górskim spacerze usprawiedliwione byłoby wrzucenie go w niedokończonej formie, tak jak go wtedy zostawiłem. Może nawet pokusiłbym się o dopisanie samego finału, na którym jako jedynym, od początku pisania tamtego potworka mi faktycznie zależało. Spodziewajcie się! 

Elo! 

Strony: 1 2 3


Opublikowano

w

przez

Tagi: