No dobra, to o czym ja tutaj chciałem? Chyba prześledzić nieco własny proces twórczy. Kiedy powstawał blog „W Pewnym Sensie” miał być (dalej ma!) on moim własnym miejscem w sieci. Moją wirtualną przestrzenią, gdzie oddaję samego siebie na poznanie ciekawskim. Moją esencją i promocją – najpierw poglądów, potem sztuki, na końcu pracy. To ambitne założenie bardzo pasuje mojej wizji idealnego Ja, nacechowanego wartościami takimi jak autentyczność i troska o wszechświat.
Dysonans wdziera się oczywiście z powodu nie bycia idealnym Ja, więc próby przekazania swoich poglądów i myśli w idealny sposób owocowały olbrzymim zmęczeniem i znużeniem wylewającym się z procesu. Owszem lubię i doceniam swoje teksty, ale intelektualny wysiłek w nie włożony nie balansuje się dobrze z emocjonalnym niedostatkiem odniesienia do przeżywanej codzienności. Pisanie tych artykułów stało się wyczerpującą pracą w służbie niespełnionych ambicji i nigdy nie nabyło lekkości obcowania ze swoim codziennym Ja. A przecież jest to warunek autentyczności, do której się odwoływałem.
Warunek, który ostatecznie poległ przy pisaniu ostatniej, nieopublikowanej nigdy relacji z mojej samotnej wyprawy wielkim szlakiem beskidzkim, którą odbyłem jakieś dwa lata temu.
Głównym założeniem tamtych wakacji była właśnie samotność na szlaku, której nigdy wcześniej w takim trybie nie doświadczyłem. Za tym poszły duże oczekiwania względem potencjalnej introspekcji, medytacji i eksploracji snów, którym spodziewałem się tam oddawać. W rzeczywistości jednak dialog wewnętrzny okazał się opierać głównie na nuceniu jakichś melodyjek, medytacji nie podjąłem ani razu, a snów nie pamiętałem żadnych, bo spanie w namiocie było tak niewygodne, że wierciłem się z boku na bok w półśnie całą noc, a rano zamulałem nieprzytomnie, ile się da, przed dalszą wędrówką. Nie jest to higiena snu sprzyjająca oneironautyce.
<CIĄG DALSZY NA KOLEJNEJ STRONIE>
Nowy początek czegoś
przez
Tagi:
